Rafał Sonik po II etapie: makabryczny pech | Niestety po poważnej awarii lewego przedniego koła po 90 km, Rafał Sonik dojechał na metę odcinka jako ostatni i spadł w klasyfikacji generalnej na 22 pozycję. Dzisiejszy ciężki dzień, ze względu na ulewny deszcz sprawiał problemy również innym kierowcom, Józef Machacek po 50 km stracił łączność z serwerami trackingu i do końca odcinka jego pozycja była wielką niewiadomą.
Obecnie jest klasyfikowany na miejscu 15. Tym razem odcinek wygrał Francuz Hubert Deltrieu na Polarisie i awansował na pozycję 11 w klasyfikacji generalnej, w której na dzień dzisiejszy po dwóch etapach przewodzi Hiszpan Gonzales Corominas na Yamasze. Drastyczny spadek w klasyfikacji naszego lidera nie przekreśla jednak jego szansy na wysokie lokaty, to jest dopiero początek rajdu. który ma w sumie 9000 km. Kolejne dni, mamy nadzieję pozbawione niespodzianek w postaci awarii, dadzą prawdziwy obraz i nadzieję na lepsze lokaty. Finalnie pozycje w klasyfikacji generalnej mogą jeszcze ulec zmianie, gdyż nie wiadomo jak sędziowie ocenią jazdę i czy nie będzie nałożonych kar.
Rafał Sonik: To był odcinek po górach i w większości kamienisty. Po karze 8 minut, którą otrzymałem, spadłem o 30-40 miejsc w dół w połączonej klasie motocykli i quadów. Już wczoraj wieczorem miałem czarne myśli, kiedy się dowiedziałem, że sędziowie postanowili ukarać tych dwudziestu paru ludzi. Startowałem, czego się bałem najbardziej z motocyklistami, którzy umieją jeździć po prostej, a znacznie gorzej im idzie po zakrętach, szczególnie kiedy jest ślisko i są bardzo zmienne warunki.
Na trasie musiałem wyprzedzać tych wszystkich motocyklistów. Dopóki było pod górę, to jeszcze jakoś szło. Droga była szersza, ale później zrobiło się w góry, było bardzo mglisto, padał deszcz i bardzo ślisko. Za którymś z zakrętów, takim ślepym, którego nie widać, motocyklista jadący tuż przed mną, przewrócił się może minutę wcześniej i nawet się jeszcze nie zdążył podnieść. Gdy wyjechałem z tego zakrętu, a było to w dół i prędkość była tam spora, to zorientowałem się, że on tam leży i że nie mam żadnej szansy wyhamować przed nim, niestety nie było wcześniej żadnego sygnału, żadnej możliwości rozpoznania. No i wtedy miałem wybór, albo wjechać w niego i przejechać mu po nogach, bo droga była tak wąska, że jak motocykl leżał w poprzek i on, to nie było wystarczająco miejsca ani z prawej ani z lewej by ominąć. Drugą opcją było uciec w bok, niestety z boku były głazy, na które wpadłem. Kontrolowałem co się dzieje, choć już tak właściwie nie miałem czasu na inną decyzję. Po prostu musiałem go ominąć. I złapałem gumę – lewe przednie koło się przecięło całkiem.
Pół godziny próbowałem to naprawić, niestety nie dało się, a nie miałem kół na wymianę. Ten dzisiejszy odcinek był do przejechania na jednym komplecie bez problemu. No i cóż, zostało mi 260 km odcinka specjalnego do przejechania na kapciu z przodu. Jestem zdziwiony, że felga wytrzymała i że opona nie zeszła z niej całkiem. Musiałem pokonać ten dystans jadąc na oponie bez powietrza. To nieprzyjemne, bardzo męczące i frustrujące, bo nie wiem kto mnie po drodze nie wyprzedził. Ale trudno. Dojechałem do mety – jestem w La Rioja. Jutro startuje dalej. Strata jest duża, ale to jest Dakar i nie można się poddawać. Chyba najkrótszym komentarzem jest: makabryczny pech.
(Wojciech Fuk) |